Wydarzenia spod hali KDT sprzed kilku dni zainspirowały mnie do opisania historii handlu w centrum Warszawy. Żeby zrozumieć zajścia powinniśmy cofnąć się kilkanaście lat wstecz. Nie chodzi tu jeszcze o planowanie z miastem nowego domu towarowego, ale handel na samym placu. Dzięki temu będziemy wiedzieć kim są ci ludzie, którzy tak protestowali.
Szybko po upadku komunizmu rozpoczął się na ulicach Warszawy niczym nieskrępowany handel. Państwo i jego administracja były jeszcze bardzo słabe, by skutecznie egzekwować porządek. Pojawiły się także zorganizowane grupy przestępcze, nieraz złożone z obywateli krajów byłego Związku Radzieckiego, którzy korzystając ze słabości państwa polskiego robili tu interesy. W 1989 roku uliczni sprzedawcy zajmowali najbardziej atrakcyjne miejsca: główne ulice, place. W wielki bazar zamienił się Stadion Dziesięciolecia i centralny plac stolicy. Trawniki dookoła Pałacu Kultury i Nauki przeobraziły się w ubite klepisko. Handlarze rozłożyli swoje kramy wzdłuż Marszałkowskiej, Świętokrzyskiej. Potencjalny klient spacerował po mieście między szpalerami bud i stolików.
Warszawiacy kramy i budy handlowe przywitali z entuzjazmem. Wreszcie można było kupować swobodnie, a oferowane z polowych łóżek ubrania były niedrogie i zupełnie inne niż to, co sprzedawały państwowe sklepy. Towar pochodził częściowo z przemytu. Szybko pojawiły się też produkowane za wschodnią granicą, a potem także w podwarszawskich szwalniach tanie podróbki markowej odzieży. Bazar pod Pałacem Kultury „odkryli” też Rosjanie i Rumuni. W samym sercu stolicy Polski znajdowało się dziesięć hektarów Pałacu Kultury i 12 hektarów bazaru.
Na widok blaszanego targowiska esteci otrząsali się ze wstrętem, a samorządowcy narzekali, że handlarze są na placu nielegalnie, a za zajmowany teren nie płacą ani grosza. Sęk w tym, że wcale płacić nie musieli – nikt się, bowiem do placu Defilad nie przyznawał.
Pod koniec 1990 roku policjanci z komendy rejonowej Śródmieścia i komisariatu kolejowego na Dworcu Gdańskim zamierzali prowadzić wojnę z pospolitą przestępczością. Największe problemy dla policji stwarzał plac Defilad. Policja namierzyła łam grupy benklarzy (gra w trzy karty), w tym grupy regularnie przyjeżdżające ze Związku Radzieckiego. Stałym zajęciem graczy były rozboje i kradzieże. Po przerwie, pojawili się handlarze złotem – głównie z Rumunii. Wyjaśnia to, że chodzi w tym przypadku o tombak. Sporo zamieszania robią rumuńscy Cyganie. Ich stałym zajęciem było okradanie budek i stolików. Do tego kłopoty z rodzimą przestępczością. W pasażu śródmiejskim, w pobliżu restauracji „Kaukaska”, zbierały się codziennie specjaliści od „kieszonek”. Przejście podziemne koło rotundy było już stałą „metą” podrabianej gorzałki. Na placu, przed Salą Kongresową, niemal codziennie wyłamują drzwi TIR-ów. Oczywiście tradycyjnie niebezpieczny jest „Pigalak”.
Jako pierwszy problem targowiska usiłował rozwiązać w 1991 r. ówczesny burmistrz Śródmieścia Jan Rutkiewicz. Ogłosił konkurs na postawienie dwóch – w założeniu tymczasowych – hal targowych, do których mogliby się przenieść kupcy. Tyle, że sami kupcy tego nie chcieli, a gdy burmistrz zapowiedział, że siłą wywiezie budy, zaczęli wojnę. O pomoc poprosili nawet Lecha Wałęsę, który odwiedził ich na bazarze w piątek 21 czerwca 1991 r. Prezydent RP oświadczył, że targowisko to problem lokalnych władz – pół tysiąca kupców poszło, więc pod urząd Śródmieścia. Tam doszło do szarpaniny z wychodzącym z budynku burmistrzem Rutkiewiczem. Potem na konferencji prasowej kupcy przekonywali dziennikarzy, że burmistrz „działa złośliwie i bezprawnie, bo nie wiadomo, komu podlega teren bazaru”. Wygrali – prezydent Warszawy Stanisław Wyganowski zdecydował, że budy na placu postoją jeszcze miesiąc. Kupcy nie chcieli się przeprowadzić do hal postawionych przez MarcPol i Universal (te firmy wygrały konkurs), twierdząc, że nie stać ich na wykupienie miejsc.
Tymczasem problem bazaru wydawał się miastu już tak istotny, że prezydent Warszawy wespół z burmistrzem Śródmieścia powołali pełnomocnika ds. pl. Defilad – został nim dyrektor PKiN Waldemar Sawicki. On to wymusił na handlarzach m.in. podpisywanie umów na dzierżawę terenu i wnoszenie do kasy miasta opłat targowych. Ich wysokość dochodziła miesięcznie do półtora miliona starych złotych. Jednak problemem było odnowienie zdewastowanego terenu. Potrzeba było na to starego miliarda złotych.
W 1992 r. dyrekcja Pałacu została jedynym zarządcą bazaru. Blaszane budy ustawiono w szeregach, płotkami ogrodzono trawniki. Handel kwitł – na targowisku na pl. Defilad handlowało już ponad 1,5 tysiąca osób. W jednym rzędzie obok siebie stali dyplomowani optycy, lekarze, absolwenci matematyki, chemii, polonistyki, elektroniki. Dziennie zarabiali tyle, ile dostaliby za miesiąc pracy w wyuczonym zawodzie. „Nie zamienię tej pracy na żadną inną. Wcześniej nie widywałem tylu kobiet w negliżu” – zwierzał się reporterce „Gazety” właściciel straganu z damską bielizną. Trzy lata później Śródmieście przekazało administrowanie targowiskiem Zarządowi Terenów Publicznych, gdyż PKiN wpłacał dzielnicy jedynie jedną czwartą wpływów z opłat. 1 lutego 1995 r. ZTP zapowiadał „podniesienie poziomu estetycznego targowiska i zmniejszenie kosztów jego utrzymania”. Skończyło się na obietnicach – wkrótce zarządzanie bazarem ZTP przekazał Fundacji Dzieci Specjalnej Troski.
Pod koniec 1995 r., handlarze spod Pałacu pobili się ze strażą miejską. Poszło o wywózkę szczęk i budek zleconą przez miasto – zamiast nich na placu miały pojawić się buldożery przygotowujące teren pod tunel metra. Szczęki ostatecznie przeniesiono w inne miejsce, lecz bazar istniał nadal – a kupcy rośli w siłę. Kolejne samorządy pod naciskiem handlarzy stale przedłużały lokalizację (jak jeszcze do niedawna hali KDT) – wszak w szczękach siedział potencjalny elektorat, nikt jakoś nie chciał się również narażać tysiącom ludzi robiących na bazarze zakupy. Właściciele szczęk poczuli się właścicielami terenu wokół Pałacu – 28 grudnia 1995 r. wystąpili do Śródmieścia z wnioskiem o przyznanie terenu bazaru w wieczystą dzierżawę. Dopiero po tym oburzony zarząd dzielnicy poprosił ówczesnego prezydenta Marcina Święcickiego o szybką likwidację bazaru – bez skutku. Śródmieście działało, więc na własną rękę, wywożąc na początku stycznia 1996 r. 11 straganów pod pretekstem zalegania z opłatami targowymi. W 1996 r. kupcy miesięcznie płacili średnio po 500 zł opłat targowych. Niektórzy nie płacili – zadłużyli w ten sposób bazar na blisko 4,4 mln zł. Kupcy zaczęli akcję protestacyjną, w której domagali się nie tylko powrotu wywiezionych, blaszaków, ale i obniżenia opłat targowych. Po raz kolejny dopięli swego.
Na rogu Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich miały stanąć dwa wieżowce do których mieliby się przenieść handlarze z placu Defilad, hal MarcPolu i Universalu oraz stojący wzdłuż Marszałkowskiej i na pl. Konstytucji. Z planów nic jednak nie wyszło, znów nie było pieniędzy – kupcy zostali więc na placu. A radni Śródmieścia postanowili, że bazar na tym terenie będzie istniał do momentu rozpoczęcia budowy metra. Wreszcie rada gminy Centrum uchwaliła, że bazar ma zniknąć 30 czerwca 1999 r. Kupcy zapowiedzieli, że bazaru nie opuszczą. 29 czerwca rada uległa i przedłużyła lokalizację bazaru na kolejne trzy miesiące.
Likwidację bazaru pod Pałacem zdecydowanie zapowiedział dopiero Paweł Piskorski. 30 września 1999 r. budy spod Pałacu miały zniknąć na dobre. Miasto nie zostawiło handlarzy samych – zaproponowano im przejście na stałe pod most Poniatowskiego bądź na ul. Długą (obok Arsenału). Kupcy kręcili nosem – wreszcie sami zaproponowali plac Bankowy.
Uchwałę, która pozwalała na zawiązanie spółki kupców z miastem, podjęto na sesji rady Centrum bez wcześniejszej dyskusji w komisjach. Stanisław Osowski, ówczesny dyrektor wydziału handlu w gminie Centrum, mówił wówczas: „Spółka ma zbudować tymczasowy pawilon na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. Gmina dała grunt, kupcy zobowiązali się, że sami sfinansują budowę tymczasowej hali, a kosztującą 3 mln dolarów budowę sfinansowali sami kupcy – udziałowcy spółki Kupieckie Domy Towarowe. Aby stać się udziałowcem, każdy z kupców musiał udokumentować legalne prowadzenie działalności oraz wpłacić blisko 20 tys. zł.
Wreszcie 29 marca tego roku ruszyła budowa. Zaprojektowana przez biuro architektoniczne FS&P ARCUS stalowa budowla ma długość 170 m, wysokość 18,5 – w środku mieści się niemal 700 pawilonów. Hala ma lekką konstrukcję – po trzech latach można ją będzie złożyć i przenieść w inne miejsce. Większość kupców jest z hali zadowolona – tym bardziej że gmina Centrum obiecała zwrócić im około 7 mln zł (a więc niemal połowę kosztów budowy hali) w chwili, gdy będą potrzebować pieniędzy na budowę stałego obiektu. Kupców denerwował sposób rozdzielania stoisk. – Wiadomo, jedne miejsca są lepsze niż inne – mówi Bogdan Ślęzak. Kupców oburza zwłaszcza to, że początkowo miało być losowanie stanowisk, jednak zarząd spółki doszedł do wniosku, że losowanie, owszem, będzie, jednak na innej zasadzie – grupy kupców będą losować miejsca w odgórnie nadanych im sektorach.
- A hala jest tak skonstruowana, że nie wszystkie alejki są drożne. Są lokalizacje dobre, są i dużo gorsze – dodaje Bogdan Ślęzak.
- Jest pewien trik, który skieruje ruch między pawilony – tłumaczą tymczasem w spółce. – Alejki w pewnym miejscu zaczynają się zwężać, co skieruje ludzi między pawilony, nikt więc nie będzie pokrzywdzony.
- Jeśli nic się nie zmieni, to odwołamy ten cały zarząd, bo nie bronią naszych interesów – zapowiadają tymczasem kupcy.
Nie było jednak gwarancji, że za trzy lata hala zniknie z placu Defilad. Zgodnie z umową miasto przedłużało zgodę na jej funkcjonowanie. A biorąc pod uwagę dotychczasową stanowczość rajców w kwestii bazaru, śmiało przypuszczano, że hala postoi dłużej. Wszak szpecące plac Defilad hale MarcPolu i Universalu również miały stać tylko trzy lata…
Bibliografia:
- Gazeta Stołeczna nr 456, wydanie z dnia 12/12/1990 , str. 1
- Gazeta Wyborcza nr 234, wydanie z dnia 07/10/1995 GAZETA ŚWIĄTECZNA, str. 14
- OCHOTA I WŁOCHY nr 0, dodatek do Gazety Stołecznej nr 73, wydanie z dnia 27/03/1999 , str. 10
- Gazeta Stołeczna nr 292, wydanie z dnia 14/12/2001 , str. 14
- Gronkiewicz-Walz zachowała się jak mężczyzna. Gazeta Stołeczna, 25/07/2009. wywiad z Janem Rutkiewiczem
RSS Feed
Twitter
Posted in
Tags:

Niestety, tak się kończą wieczne obiecanki i ustępowanie ludziom, którzy de facto nielegalnie zajęli teren x lat temu i domagali się usankcjonowania tej sytuacji, bo im „się należy” przez zasiedzenie. Dobrze że wrócono do sprawy handlu – może pociągnie to jakieś kolejne konkretne ruchy w celu wytłumaczenia zarówno handlarzom, jak i antyfanom władz miasta, że centrum stolicy europejskiej nie może wyglądać jak prowincja Azerbejdżanu.